Upadłość konsumencka przedsiębiorcy bywa trudniejsza, niż się wydaje. Oto historia z mojej praktyki.
Z cyklu „Opowieści z krainy upadłości konsumenckich”
Dziś opiszę przypadek, z którego wynika niewygodne pytanie. To opowieść o tym, czym bywa upadłość konsumencka przedsiębiorcy, który prowadził biznes przez spółki. Czy uczciwość w upadłości popłaca? Kto na upadłości wychodzi lepiej: czy przedsiębiorca, który w porę ograniczył swoją odpowiedzialność, czy ten, który czuł się zobowiązany wobec innych ludzi? Odpowiedź prawnicza i odpowiedź etyczna nie zawsze się pokrywają. Zobaczmy, jak jest w tym przypadku.
Punkt wyjścia – bariera, która chroni
Zacznijmy od sprawy, o której przedsiębiorcy zapominają w okresie, gdy biznes idzie dobrze. Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością jest odrębną osobą prawną, a jej wspólnik generalnie nie odpowiada za jej zobowiązania. To nie jest luka prawna, to fundament wspierający przedsiębiorczość. Prowadząc biznes w formie spółki kapitałowej, ograniczasz ryzyko do określonej części swojego majątku. Jeśli firma zbankrutuje, tracisz wkład, natomiast Twój prywatny dom, oszczędności i inne rzeczy pozostają twoje.
Bohater tej historii, nazwijmy go Andrzej, taką barierę ochronną miał. Działał z sukcesami przez kilkadziesiąt lat w budowlance, zakładając spółki z o.o. Korzystając z dobrej koniunktury, ciężką pracą dorobił się niezłego prywatnego majątku.
Kiedy poznaliśmy się, miał za sobą kilkadziesiąt lat w budowlance, a przed sobą ponad dwadzieścia milionów złotych długów. Do tego kilka egzekucji komorniczych, zajęte konta i niewielką pensję, z której opłacał bieżące życie. Brzmi jak historia człowieka, który wszystko przegrał. Tyle że Andrzej niczego nie przegrał. On to wszystko oddał. Świadomie.

Furtka pierwsza, z której nie skorzystał
Po okresie prosperity przyszły bowiem ciężkie czasy i to nie z jego winy. Najpierw duży prywatny inwestor zerwał kontrakt po tym, jak firma Andrzeja wykonała większość prac (był rok 2008, świat wchodził w kryzys). Potem inwestor publiczny nie zapłacił kilku milionów za roboty wykonane zgodnie z umową, zasłaniając się kosztorysem powykonawczym. Przy kolejnej inwestycji okazało się, że projekt zamawiającego był wadliwy, a podwykonawca, który wziął zaliczkę, zrobił połowę roboty i sam ogłosił upadłość. Nie od razu, ale spółki Andrzeja zaczęły trzeszczeć w posadach, a następnie tonąć.
I tu jest moment, w którym historia mogła się skończyć zupełnie inaczej.
Od czego bowiem stworzona wcześniej bariera. Andrzej mógł złożyć w terminie wnioski o upadłość spółek, zamknąć sprawę i zostać z nietkniętym prywatnym majątkiem. Odpowiednio wczesne złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości chroni członka zarządu przed osobistą odpowiedzialnością za długi spółki (art. 299 k.s.h.). Prawo trzymało dla niego te drzwi otwarte.
On ich nie przekroczył.
Furtka druga, którą sam zatrzasnął
Zamiast pozwolić spółkom upaść, Andrzej zaczął je ratować, korzystając z własnych prywatnych zasobów. Kupował od własnych spółek aktywa, żeby poprawić ich płynność. Brał kredyty w imieniu własnym, żeby zapewnić im finansowanie. Poręczał prywatnym majątkiem kredyty obrotowe spółek, jeden po drugim. Za każdym takim podpisem stała decyzja: jestem odpowiedzialny za ten dług. Ujmując rzecz od strony prawnej, stopniowo i dobrowolnie przekształcał odpowiedzialność ograniczoną w odpowiedzialność osobistą, całym majątkiem, bez ograniczenia kwotowego.
Dlaczego Andrzej podjął takie decyzje? Bo po drugiej stronie tych kontraktów stali jego podwykonawcy i jego klienci, ludzie, którym był winien pieniądze. Ludzie, którzy wykonali swoją robotę i czekali na należną im zapłatę. Andrzej nie potrafił im po prostu powiedzieć, że nie ma z czego zapłacić. Uznał, że skoro wcześniej się na coś umówił i obiecał, to zapłaci, choćby z własnej kieszeni. I zapłacił.
Rachunek: upadłość konsumencka przedsiębiorcy
Efekt znamy. Poręczenia i pożyczki przeżyły spółki. Gdy jedna ze spółek ostatecznie upadła, jej długi nie zniknęły. Zabezpieczone poręczeniami, spadły na Andrzeja. Było to łącznie ponad dwadzieścia milionów złotych, w większości z poręczeń i osobistych kredytów zaciągniętych po to, żeby uratować cudze wynagrodzenia.
Prywatny majątek, ten zabezpieczony barierą, poszedł na spłatę udzielonych zabezpieczeń. Toczące się przez kilka lat egzekucje i drastycznie pogarszający się stan jego zdrowia zmusiły go ostatecznie do złożenia wniosku o upadłość konsumencką. Tak właśnie wygląda upadłość konsumencka przedsiębiorcy, który wszystko poręczył własnym majątkiem.
Gdzie prawo spotyka się z moralnością
I teraz sedno. W stanie prawnym, w którym składaliśmy wniosek (przed marcem 2020 roku), sąd już na etapie złożonego wniosku o upadłość konsumencką badał, czy dłużnik nie doprowadził do niewypłacalności umyślnie albo wskutek rażącego niedbalstwa. Innymi słowy, sąd sprawdzał, na ile dłużnik aktywnie przyczynił się do powstania swoich długów i z jakim zamiarem działał. Gdyby odpowiedź brzmiała: działał rażąco niedbale lub wręcz świadomie zaciągał długi, których nie planował spłacić, to upadłości konsumenckiej w ogóle by nie ogłoszono.
Uwaga, uwaga: to właśnie te poręczenia, które Andrzeja zrujnowały, były teraz paradoksalnie jego atutem.
Kiedy przygotowywaliśmy wniosek o jego upadłość konsumencką, najważniejsza była jedna rzecz. Że to nie jest historia człowieka, który lekką ręką narobił długów.
O umyślnym działaniu na szkodę wierzycieli mówimy bowiem wtedy, gdy ktoś zaciąga zobowiązania bez zamiaru ich spłaty. A człowiek, który każdą pożyczkę zabezpiecza własnym domem, w sposób oczywisty ma zamiar ją spłacić. Trudno o mocniejszy dowód jego dobrej wiary. To ostatnia rzecz, jaką zrobiłby ktoś, kto chce oszukać wierzycieli. Paradoks polega na tym, że gdyby Andrzej zachował się „sprytniej” i nadal chronił swój majątek, byłby dziś zamożniejszy, ale jego uczciwość mogłaby być kwestionowana. On zbankrutował uczciwie i to jego uczciwość otwierała mu drogę do oddłużenia.
Szanse i prognozy
Gwoli ścisłości, prawo od tamtej pory złagodniało. Wskutek reformy z 2020 roku zrezygnowano z badania i karania samej „winy” na samym początku sprawy. Dziś nawet dłużnik, który do niewypłacalności doprowadził umyślnie lub rażącym niedbalstwem, bądź wręcz zrobił to celowo i z premedytacją, może upadłość konsumencką ogłosić. Jego postawę sąd oceni później, na etapie ustalania planu spłaty wierzycieli (który bywa wtedy znacznie dłuższy). Sąd może także odmówić całkowicie oddłużenia osobie, która majątek celowo trwoniła albo świadomie działała na szkodę wierzycieli. Kierunek jest humanitarny i słuszny: bankructwo przestało być moralnym wyrokiem.
Ale coś w historii Andrzeja zostaje aktualne niezależnie od treści przepisu. Prawo może dłużnika oddłużyć. Wiarygodność natomiast ma się tylko jedną i jej zachowanie zależy od Twojego postępowania. Andrzej ją ocalił.
Andrzej stracił majątek. Nie stracił twarzy. I choć jako prawnik zawodowo pilnuję, żeby klienci nie brali na prywatne barki tego, czego brać nie muszą, to po ludzku rozumiem, dlaczego to zrobił. Czasem cena za spokojne spojrzenie w lustro jest bardzo wysoka. On zapłacił ją w całości.
Wojciech Piłat, adwokat, dr n. pr.
Dlaczego o tym piszę
Jestem znany głównie jako prawnik przedsiębiorców – małych, średnich, większych, a czasem bardzo dużych. Tak się jednak składa, że mam także bardzo duże doświadczenie w upadłościach konsumenckich. Przez moje ręce przeszło na pewno ponad tysiąc wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckich, czasem je tworzyłem, czasem działałem w imieniu wierzyciela, a bardzo często zapoznawałem się z nimi jako pełnomocnik syndyka. Każda z tych spraw jest inna, za każdą z nich stoi unikalny człowiek. Wydaje mi się, że w tej kategorii spraw niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. A jednocześnie dzieją się takie historie, że aż szkoda o tym nie napisać. Oczywiście z zachowaniem całkowitej prywatności i anonimowości wszelkich osób, których te sprawy dotyczą.
Materiał ma charakter informacyjno-edukacyjny i nie stanowi porady prawnej w indywidualnej sprawie. Opis został zmieniony i uogólniony, nie odnosi się do konkretnej osoby ani postępowania.
