PP

Prawo-Upadłościowe.pl OD 2012

Restrukturyzacja i upadłość

Wniosek o upadłość może złożyć także wierzyciel

Pytasz, Wierzycielu, co jeszcze możesz zrobić, gdy komornik od miesięcy odsyła same zawiadomienia o bezskutecznej egzekucji, a dłużnik żyje, funkcjonuje i tylko akurat Tobie nie płaci? Masz w ręku narzędzie, po które sięga się nieczęsto: możesz sam złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości swojego dłużnika. Dziś krótko o tym, kiedy to ma sens i jak się do tego zabrać.

Punktem wyjścia jest sprawa, którą prowadziłem po stronie wierzyciela. Spółka deweloperska miała roszczenie wobec wykonawcy budowlanego, jednoosobowej działalności. Roszczenie z kary umownej, sześciocyfrowe, niekwestionowane. Wykonawca nie płacił, a w pewnym momencie zawiesił firmę. Klient był przekonany, że to koniec drogi. Nie był.

Wniosek o upadłość może złożyć także wierzyciel

Nazwijmy naszego dłużnika Ryszard. Prowadził jednoosobową działalność budowlaną, od lat, wydawało się, że solidnie. Kilka lat temu wybudował dla mojego klienta dom jednorodzinny. Po odbiorze zaczęły wychodzić usterki, głównie przecieki związane z hydroizolacją. Klasyczny kłopot, nic, czego nie dałoby się naprawić. Ryszard próbował je usuwać, ale prowizorycznie, więc problem wracał. W umowie była kara umowna za zwłokę w usuwaniu wad, naliczana za każdy dzień. Kiedy klient policzył ją po wielu miesiącach bezskutecznych wezwań, wyszła kwota, o której napiszę tylko tyle, że była kilkukrotnie wyższa niż sam koszt naprawy. A jednak jakiś czas później Ryszard stał się bohaterem wniosku o ogłoszenie upadłości. Nie z powodu kosztu naprawy. Z powodu kary umownej, która ten koszt wielokrotnie przerosła.

Klient wysłał wezwanie do zapłaty. Ryszard nie zapłacił, nie zakwestionował też długu. Za to niespełna miesiąc później zawiesił firmę.

To nie jest przywilej wyłącznie dłużnika

Zacznijmy od obalenia mitu. Upadłość kojarzy się z aktem desperacji dłużnika, który sam idzie do sądu i mówi „poddaję się”. Tymczasem wniosek o ogłoszenie upadłości przedsiębiorcy może zgłosić także każdy jego wierzyciel osobisty. Nie potrzebujesz zgody dłużnika. Nie potrzebujesz nawet jego współpracy. Potrzebujesz roszczenia i dowodów, że dłużnik przestał płacić.

Wniosek o ogłoszenie upadłości przedsiębiorcy może złożyć również każdy jego wierzyciel osobisty. To potężne narzędzie, którego wielu wierzycieli po prostu nie kojarzy, a które bywa skuteczniejsze niż kolejny komornik odsyłający zawiadomienie o bezskuteczności egzekucji.

Uprawdopodobnić, nie udowodnić

Tu jest różnica, która wielu wierzycieli zaskakuje. W zwykłym procesie o zapłatę musisz swoje roszczenie udowodnić. We wniosku o upadłość wystarczy je uprawdopodobnić. To niższy próg. W praktyce oznacza spójny zestaw dokumentów: umowę, wezwania do zapłaty, notę albo fakturę, korespondencję pokazującą, że dług istnieje i jest wymagalny. Jeśli dłużnik nigdy nie zakwestionował należności, tym lepiej dla Ciebie.

Drugi element to niewypłacalność dłużnika. Dłużnik jest niewypłacalny, gdy utracił zdolność do regulowania wymagalnych zobowiązań pieniężnych. Ustawa pomaga wierzycielowi domniemaniem: opóźnienie ponad trzy miesiące pozwala przyjąć, że tej zdolności już nie ma. A jeśli potrafisz wskazać, że dłużnik nie płaci również innym, na przykład figuruje w rejestrach dłużników, obraz niewypłacalności robi się pełny.

U Ryszarda było i to. Zaległość ciągnęła się miesiącami, a w publicznie dostępnym rejestrze dłużników widniały jeszcze inne, drobniejsze, ale również przeterminowane zobowiązania wobec innych osób. Innymi słowy, to nie był chwilowy zator. To był człowiek, który przestał płacić.

Jak z małej usterki robi się wielki dług

Mechanizm jest prosty i właśnie dlatego niebezpieczny. W umowie o roboty budowlane strony zastrzegły karę umowną za zwłokę w usunięciu wad, naliczaną za każdy dzień. Ułamek procenta wynagrodzenia dziennie brzmi niewinnie. Ale kara za zwłokę biegnie codziennie, dopóki wada nie zostanie usunięta. Jeśli wykonawca robi naprawę po łebkach, potem przestaje odbierać temat, a inwestor cierpliwie ponawia wezwania, licznik tyka miesiącami.

Po roku z okładem uzbierała się kwota, o której powiem tylko tyle, że była kilkukrotnie wyższa niż koszt rzetelnej naprawy oszacowany później przez rzeczoznawcę. I to nie dlatego, że ktoś liczył nieuczciwie. Tak po prostu działa kara umowna za zwłokę, gdy zwłoka trwa i trwa.

Kara umowna nie musi odpowiadać szkodzie

Tu dochodzimy do sedna, które warto znać po obu stronach umowy. Kara umowna należy się co do zasady niezależnie od wysokości rzeczywistej szkody (art. 483 i 484 kodeksu cywilnego). To znaczy, że wierzyciel nie musi wykazywać, ile realnie stracił. Wystarczy, że doszło do zwłoki objętej karą. Dla inwestora to wygoda. Dla wykonawcy pułapka, bo kara potrafi oderwać się od skali problemu.

Prawo zna jednak wentyl bezpieczeństwa. Dłużnik może żądać miarkowania, czyli zmniejszenia kary, gdy jest ona rażąco wygórowana albo gdy zobowiązanie zostało w znacznej części wykonane (art. 484 § 2 k.c.). To nie działa automatycznie. Trzeba o to zawnioskować i to uzasadnić, a sąd ocenia okoliczności: proporcję kary do szkody, stopień wykonania prac, zachowanie obu stron. Ryszard tej karty nie zagrał w porę. A kiedy dług już urósł, samo jego istnienie otworzyło zupełnie inny rozdział.

Zwłoka w naprawie tarasu zamieniła się więc w spór o upadłość jednoosobowej firmy. Nie dlatego, że usterka była katastrofą. Dlatego, że czas i zapis o karze umownej zrobiły swoje.

Zawieszenie firmy to nie jest tarcza

Najciekawszy w tej sprawie był ruch z zawieszeniem działalności tuż po wezwaniu do zapłaty. W głowie dłużnika to bywa deska ratunku: „skoro zawieszę firmę, to jakby mnie nie było”. W rzeczywistości działa to odwrotnie. Zawieszenie nie umarza długów i nie odbiera zdolności upadłościowej, za to samo w sobie bywa argumentem dla wierzyciela.

Dlatego obok wniosku o upadłość złożyliśmy wniosek o zabezpieczenie majątku dłużnika przez ustanowienie tymczasowego nadzorcy sądowego (art. 38 Prawa upadłościowego). Chodzi o to, żeby między złożeniem wniosku a decyzją sądu majątek nie „wyparował”: żeby dłużnik nie wyzbył się sprzętu, nie spłacił po cichu wybranego kolegi, nie przepisał tego i owego. Zawieszenie firmy krótko po wezwaniu było tu mocnym sygnałem, że taka obawa jest uzasadniona.

Po co Ci to, skoro jest komornik

Dobre pytanie, bo egzekucja komornicza i upadłość to dwa różne światy. Komornik działa w Twoim pojedynczym interesie i ściga konkretny majątek. Upadłość obejmuje cały majątek dłużnika i wszystkich wierzycieli naraz. Dla Ciebie oznacza to trzy rzeczy warte rozważenia.

Po pierwsze, upadłość odbiera dłużnikowi kontrolę nad majątkiem i przekazuje ją syndykowi, co utrudnia ciche wyprowadzanie składników. Po drugie, już samo złożenie wniosku bywa realną presją: dłużnik, który liczył, że przeczeka egzekucję, nagle ma nad sobą postępowanie, które prześwietli jego finanse. Po trzecie, jeśli obawiasz się, że dłużnik zdąży się wyzbyć majątku, możesz wnieść o jego zabezpieczenie, w tym o ustanowienie tymczasowego nadzorcy sądowego.

Czego uczciwie nie obiecam

Nie napiszę Ci, że wniosek wierzyciela zawsze kończy się odzyskaniem pieniędzy. Bywa, że sąd oddali wniosek, bo majątek dłużnika nie starcza nawet na koszty samego postępowania. To frustrujący paradoks: dłużnik bywa „za biedny na własną upadłość”. Ale nawet wtedy zyskujesz coś realnego, twarde, sądowe potwierdzenie, że u tego dłużnika nie ma czego szukać. Dla rozliczeń podatkowych i dla własnego spokoju to często więcej niż kolejny rok bezskutecznej egzekucji.

Dlatego zanim złożysz wniosek, policz na zimno: czy chodzi Ci o pieniądze, o presję, czy o zamknięcie sprawy. Od odpowiedzi zależy, czy to dobra droga akurat dla Ciebie.

W sprawie, od której zacząłem, sam fakt złożenia wniosku zmienił dynamikę. Dłużnik, który zawiesił firmę w nadziei, że zniknie z pola widzenia, przekonał się, że wierzyciel też ma swoje narzędzia. I że cisza po jego stronie niczego nie kończy.

Jeśli masz dłużnika, który przestał płacić, a egzekucja stoi w miejscu, sprawdźmy razem, czy wniosek o jego upadłość ma w Twojej sytuacji sens. Czasem to jedyna droga, która ruszy sprawę z miejsca.

Wojciech Piłat, adwokat, dr n. pr.

Dlaczego o tym piszę

Jestem znany głównie jako prawnik przedsiębiorców, ale w upadłościach bywam po obu stronach: raz układam wniosek dla dłużnika, raz reprezentuję wierzyciela, który chce odzyskać swoje, a bardzo często patrzę na sprawę oczami pełnomocnika syndyka. Ta perspektywa uczy pokory. Ten sam przepis, w zależności od tego, po której stronie stołu siadasz, bywa tarczą albo mieczem. Warto wiedzieć, który trzymasz w ręku.

Materiał ma charakter informacyjno-edukacyjny i nie stanowi porady prawnej w indywidualnej sprawie. Opis został zmieniony i uogólniony, aby uniemożliwić identyfikację konkretnej osoby lub postępowania.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry