Z cyklu „Opowieści z krainy upadłości konsumenckich”

Pokutuje przekonanie, że upadłość konsumencka to sprawa dla ludzi lekkomyślnych, którzy roztrwonili własne pieniądze i teraz szukają wyjścia „na skróty” z trudnej sytuacji. Otóż nie. Po drugiej stronie mojego biurka siadają najróżniejsi ludzie, także tacy, których zawody i profesje budzą powszechny szacunek. Nauczyciele, inżynierowie, przedsiębiorcy z dorobkiem. Dziś opowiem o lekarce. Poznaj Sylwię.
Sylwia przez kilkanaście lat prowadziła prywatną poradnię w jednej z najbardziej obleganych dziedzin medycyny, jakie można sobie wyobrazić: opiece psychiatrycznej nad dziećmi i młodzieżą. Lekarzy o tej specjalizacji brakuje w całym kraju. Takiej osoby nie kojarzymy z pętlą długów. A jednak zjawiła się któregoś dnia u mnie w kancelarii z teczką pełną wypowiedzianych umów kredytowych i pytaniem: „Panie mecenasie, jak to się stało, że ja, lekarz, jestem bankrutem?”
Zawód zaufania publicznego to nie polisa na brak długów
Zacznijmy od rzeczy, którą powtarzam często, bo wciąż zaskakuje. Niewypłacalność nie omija żadnego zawodu. Nie omija lekarzy, adwokatów, notariuszy ani inżynierów. W mojej praktyce upadłość konsumencką ogłaszali ludzie z tytułami i renomą, o których nikt z otoczenia nie pomyślałby, że mają problem. Prestiż zawodu bywa wręcz pułapką, ponieważ nakazuje latami ukrywać kłopoty „żeby nie wypaść z roli”, zamiast w porę sięgnąć po odpowiednie rozwiązanie.
Sylwia była właśnie z tych, którzy do końca trzymali fason. Płaciła, dopłacała, brała dodatkowe dyżury, byle tylko poradnia działała, a pacjenci nie zostali bez pomocy.
Gdy państwo obiecuje, a potem nie płaci
Skąd wziął się dług u kogoś, kto po prostu leczył dzieci? Z decyzji, która w chwili jej podejmowania była całkowicie racjonalna.
Głównym płatnikiem takiej poradni jest publiczny fundusz zdrowia. Sylwia, widząc rosnące kolejki i opierając się na oficjalnych zapowiedziach, że państwo zamierza mocno dofinansować psychiatrię dziecięcą (był przecież rządowy program, uchwalony, ogłoszony, obudowany deklaracjami urzędników), zainwestowała w nową, większą siedzibę spełniającą wszystkie wymogi. Zaciągnęła na to kredyty. Racjonalnie założyła, że skoro popyt rośnie, a państwo obiecuje zwiększyć finansowanie, to kontrakt też urośnie.
Popyt faktycznie wystrzelił. Jednak finansowanie nie drgnęło. Program pozostał na papierze, bez pieniędzy. Publiczny płatnik przestał ogłaszać nowe konkursy i tylko przedłużał stare umowy na tych samych warunkach: ta sama liczba przyjęć, ta sama stawka za wizytę. Przychody stały w miejscu, a raty za remont trzeba było płacić.
I tu zaczęła się spirala, o której piszę osobno przy innych sprawach: nowy kredyt na spłatę starego, kolejny na bieżące koszty, wszystko w oczekiwaniu na obiecany wzrost kontraktu, który nie nadszedł. W międzyczasie gwałtownie pogorszył się stan zdrowia Sylwii i jej męża, co odebrało im możliwość dorobienia. Została z długiem przekraczającym milion złotych, oddanym bankowi domem i pensją, z której po zajęciu komorniczym zostaje kilkaset złotych na utrzymanie wieloosobowej rodziny.
Dlaczego w świetle prawa to nie jest jej wina
W upadłości konsumenckiej nie chodzi tylko o to, że ktoś nie płaci. Liczy się też, jak do tego doszło. W stanie prawnym sprzed reformy z 2020 roku sąd badał, czy dłużnik nie doprowadził do niewypłacalności umyślnie albo wskutek rażącego niedbalstwa, i to potrafiło zamknąć drogę do oddłużenia.
To są pojęcia o konkretnej treści, nie potoczne oceny. O działaniu umyślnym mówimy, gdy ktoś zaciąga zobowiązania bez zamiaru ich spłaty, z góry zakładając, że nie odda. O rażącym niedbalstwie, gdy lekceważy elementarne, oczywiste zasady staranności, tak, jak nie zrobiłby tego nikt rozsądny.
I właśnie tutaj historia Sylwii broni się sama. O rażącym niedbalstwie mówimy, gdy ktoś lekceważy elementarne zasady staranności. A lekarka, która inwestuje w oparciu o rządowy program i publiczne zapewnienia płatnika, potem bierze dodatkowe zatrudnienie, żeby ratować budżet, i dokumentuje każdy krok, jest tego dokładnie przeciwieństwem. Ona nie zignorowała ryzyka. Ona zaufała państwu, które samo deklarowało, że pójdzie w tę stronę.
Rolowanie długów samo w sobie nie jest ani cnotą, ani przestępstwem. Wszystko zależy od tego, po co i z jakim zamiarem się je robi. Sylwia nie kombinowała, tylko próbowała utrzymać przy życiu coś, co było potrzebne nie tylko jej. To, że przegrała, nie czyni z niej winowajczyni. Czasem dobra wiara kosztuje wszystko, co się miało, a prawo, na szczęście, potrafi to dostrzec.
Uczciwie dodam, że prawo od tamtego czasu złagodniało. Po reformie z 2020 roku samo zawinienie w powstaniu niewypłacalności nie zamyka już drogi do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Sąd ocenia postawę dłużnika później, na etapie planu spłaty i decyzji o oddłużeniu, a ustawa wprost pozwala umorzyć zobowiązania z uwagi na względy słuszności lub względy humanitarne (por. art. 49116 Prawa upadłościowego). Dla kogoś, kto znalazł się w sytuacji Sylwii, to nie jest abstrakcja, tylko realna szansa na nowy start.
Dlaczego akurat prestiżowy zawód bywa pułapką
Jest w tej historii wątek, który przewija się u wielu moich klientów z „porządnych” profesji. Im bardziej zawód kojarzy się z sukcesem, tym trudniej się przyznać do kłopotów. Lekarz, adwokat, nauczyciel akademicki latami dokłada z własnej kieszeni, bierze kolejne zlecenia i milczy, „żeby nie wypaść z roli”. Ta duma bywa kosztowna, bo odsuwa moment, w którym można było jeszcze działać spokojnie, a nie pod presją komornika. Upadłość konsumencka nie jest hańbą dla człowieka sukcesu. Bywa najbardziej racjonalną decyzją, jaką może podjąć.
Co upadłość konsumencka realnie zmienia
Dla Sylwii upadłość nie jest kapitulacją, tylko pierwszym od lat momentem, w którym przestaje płacić za cudze obietnice. Postępowanie zatrzymuje egzekucje, porządkuje wszystkie długi w jednym miejscu i, przy jej sytuacji zdrowotnej i majątkowej, realnie prowadzi do umorzenia zobowiązań, których i tak nie byłaby w stanie spłacić do końca życia. Zawód i tytuł jej zostają. Znika ciężar, który odbierał sen.
Jak temu zapobiec
Kilka rzeczy, które powtarzam klientom, zwłaszcza tym z „porządnych” zawodów. Po pierwsze, decyzje inwestycyjne oparte na obietnicach publicznych zabezpieczaj na piśmie i nie zakładaj, że deklaracja urzędnika to gwarancja przychodu. Po drugie, gdy zaczynasz spłacać jeden kredyt drugim, potraktuj to jak czerwoną lampkę, a nie jak sposób na przetrwanie. Po trzecie, nie czekaj, aż komornik zapuka do gabinetu. Im wcześniej policzysz warianty z kimś, kto zna procedurę, tym więcej ich zostaje.
Dalej, moment, w którym zaczynasz brać nowy kredyt na spłatę starego, to nie „sposób na przetrwanie”, tylko sygnał alarmowy, że pora policzyć całość na zimno. Zbieraj dowody, na czym opierałeś swoje decyzje (oferty, zapewnienia, korespondencję). To one później pokazują, że działałeś w dobrej wierze. Po trzecie, nie mierz swojej sytuacji dumą zawodową. Im wcześniej sięgniesz po fachową analizę, tym więcej opcji zostaje na stole.
Sąd oddalił upadłość firmy. Co dalej?
Jest jeszcze jeden istotny aspekt sprawy. Pokutuje przekonanie, że jak firma ma długi, to zawsze może „iść w upadłość”, a sąd chętnie ją ogłosi. Otóż nie. Bywa odwrotnie: sąd potrafi oddalić wniosek właśnie dlatego, że dłużnik jest za biedny na własną upadłość.
W przypadku Sylwii i jej firmy sąd nie zakwestionował tego, że Sylwia jest niewypłacalna. Problem był inny. Zgodnie z prawem sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości przedsiębiorcy, jeżeli majątek dłużnika nie wystarcza nawet na pokrycie kosztów samego postępowania (art. 13 Prawa upadłościowego). W praktyce: jeśli z likwidacji majątku zostałoby, powiedzmy, sto pięćdziesiąt tysięcy, a koszty postępowania szacuje się na ponad dwieście, to nie ma z czego prowadzić upadłości. Wniosek pada.
To jest właśnie „ubóstwo masy upadłościowej”. Paradoks, w którym trzeba mieć określony majątek, żeby móc formalnie zbankrutować jako firma. Dłużnik zostaje wtedy w najgorszym z możliwych miejsc: bez firmy, z pełnym długiem i bez postępowania, które mogłoby go z tego długu wyprowadzić.
Wyjście: upadłość konsumencka po zamknięciu działalności
Kiedy działalność gospodarcza zostaje zamknięta i wykreślona z rejestru, dłużnik przestaje być przedsiębiorcą, a staje się „zwykłą” osobą fizyczną. A to otwiera zupełnie inną ścieżkę: upadłość konsumencką. I tu jest najważniejsza różnica, którą musi znać każdy, komu oddalono upadłość firmy.
W upadłości konsumenckiej „ubóstwo masy” nie jest przeszkodą. Wręcz przeciwnie: ta procedura została pomyślana także dla ludzi, którzy nie mają już nic. Po reformie z 2020 roku można ogłosić upadłość konsumencką nawet wtedy, gdy majątku brak, a ustawa pozwala umorzyć zobowiązania bez planu spłaty, jeśli sytuacja dłużnika w oczywisty sposób wskazuje, że trwale nie jest w stanie niczego spłacać (por. art. 49116 Prawa upadłościowego). To, co zamykało drogę firmie, w upadłości konsumenckiej przestaje mieć znaczenie.
Dla Sylwii oznaczało to konkret: po zamknięciu poradni mogła zrobić to, czego nie dała jej upadłość przedsiębiorcy. Zatrzymać egzekucje, zebrać wszystkie długi w jednym postępowaniu i realnie zmierzać do oddłużenia.
Sylwia nie przegrała przez lekkomyślność. Przegrała, bo uwierzyła, że skoro państwo mówi, że będzie leczyć dzieci lepiej, to za tymi słowami pójdą pieniądze. Zawód lekarza nie uchronił jej przed bankructwem, ale też nie musi być powodem do wstydu w obliczu upadłości. Czasem najodważniejszą rzeczą, jaką może zrobić człowiek sukcesu, jest przyznać, że dłużej sam tego ciężaru nie udźwignie, i sięgnąć po narzędzie, które prawo stworzyło właśnie dla niego.
Jeśli poznajesz w tej historii choćby fragment własnej, niezależnie od tego, jaką pieczątkę masz na wizytówce, porozmawiaj z kimś, kto policzy to na zimno. Zdziwisz się, ile daje sam plan.
Wojciech Piłat, adwokat, dr n. pr.
Dlaczego o tym piszę
Jestem znany głównie jako prawnik przedsiębiorców – małych, średnich, większych, a czasem bardzo dużych. Tak się jednak składa, że mam także bardzo duże doświadczenie w upadłościach konsumenckich. Przez moje ręce przeszło na pewno ponad tysiąc wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckich – czasem je tworzyłem, czasem działałem w imieniu wierzyciela, a bardzo często zapoznawałem się z nimi jako pełnomocnik syndyka. Każda z tych spraw jest inna, za każdą z nich stoi unikalny człowiek. Wydaje mi się, że w tej kategorii spraw niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. A jednocześnie dzieją się takie historie, że aż szkoda o tym nie napisać. Oczywiście z zachowaniem całkowitej prywatności i anonimowości wszelkich osób, których te sprawy dotyczą.
Materiał ma charakter informacyjno-edukacyjny i nie stanowi porady prawnej w indywidualnej sprawie. Opis został zmieniony i uogólniony, aby uniemożliwić identyfikację konkretnej osoby lub postępowania.
