Z cyklu „Opowieści z krainy upadłości konsumenckich”. Dziś: kredyt frankowy.
Pokutuje przekonanie, że upadłość konsumencka to ucieczka od odpowiedzialności dla osób lekkomyślnych lub wręcz cwaniaków i krętaczy – dla tych, co „narobili długów, a teraz chcą się z nich wywinąć”. Nie przeczę, tacy też się zdarzają i to nierzadko.
Jednak zwykle klient, który siada po drugiej stronie mojego biurka, wygląda zupełnie inaczej. To ktoś, kto w pewnym momencie wbrew swoim intencjom wpadł w spiralę, z której już nie mógł się wydostać. Poznaj Marka.
Zacznijmy od początku. Marek prawie dwadzieścia lat temu kupił z partnerką mieszkanie pod Warszawą. Jak wielu wtedy, na kredyt frankowy, we frankach szwajcarskich. Byli parą, brali kredyt „na dwoje”, oboje jako współkredytobiorcy. Na papierze wszystko wyglądało zdrowo: dwie osoby, jedna rata, wspólne mieszkanie, wspólna przyszłość. Przez dekadę każda rata była płacona w terminie, przy czym zwykle głównie z jego kieszeni. Do czasu.
Bo najpierw rozpadł się związek. To nie jest wątek prawny, a jednak w tej sprawie okazał się najważniejszy. Marek się wyprowadził, mieszkanie zostało. Przez pewien czas było nawet wynajmowane, co pozwalało obojgu spinać ratę. Potem była partnerka wróciła do mieszkania, wypowiedziała najemcom umowę i zamieszkała sama. Dochód z najmu zniknął, a rata została.
I tu zaczyna się prawdziwy problem. Marek został z ratą, na którą jego samego już nie było stać. Zaczął łatać dziurę drobnymi kredytami i kartami w innych bankach, byle tylko dowozić ratę główną. Znasz ten mechanizm? Jedno zobowiązanie rodzi drugie, a każde kolejne jest droższe.
Gdy kurs franka wzrósł o ponad sto procent, dług gwałtownie urósł do jakichś 540 tysięcy złotych, mimo że mieszkanie warte było wówczas około 270 tysięcy. Rata została na jednej głowie, na Marku. A sprzedaż całego mieszkania nie pokryłaby nawet połowy zadłużenia.
Kredyt frankowy, a uczciwość, która popłaca
Teraz uwaga, bo to jest dla niniejszej opowieści istotne. Marek nie zrobił żadnej z tych nagannych rzeczy, które ludzie czasem robią, gdy chcą uciec od długów. Nie ukrył majątku. Nie przestał odbierać telefonów. Nie udawał, że problemu nie ma.
Zrobił dokładnie odwrotnie. Sam zgłosił się do banku, zanim bank zgłosił się do niego. Wszedł w program „dobrowolnej sprzedaży” mieszkania. Obniżał cenę, szukał kupca, walczył o promesę i restrukturyzację reszty długu. Uwieczniał rozmowy, gromadził korespondencję, próbował każdej furtki, jaką bank zostawił uchyloną. Z dokumentów i materiałów wyłania się obraz człowieka wręcz nadgorliwie uczciwego.
Był tylko jeden szkopuł, którego żadną pracowitością i uczciwością nie dało się pokonać.
Odpowiadasz za całość: solidarność dłużników
Jeśli braliście kiedyś kredyt „na dwoje”, to znaczy, że każde z was odpowiada za całość, ale samodzielnie nie może prawie nic. To niepozorne zdanie potrafi zamienić się w pułapkę, z której nie ma wyjścia bez zgody drugiej strony. Pokażę to na typowej sprawie i wyjaśnię, jakie realnie są opcje.
Kredyt zaciągnięty wspólnie to zwykle zobowiązanie solidarne (art. 366 k.c.). W praktyce oznacza to, że bank może żądać całości długu od każdego z was z osobna, według własnego wyboru. Nie „po połowie”. Całości. Jeśli druga strona przestaje płacić, cały ciężar spada na tego, kto jeszcze coś ma i jeszcze odbiera telefon od banku. Marek spłacał więc nie „swoją połowę”, tylko cudzą ratę.
Ale sam nie zdziałasz prawie nic
Tu jest druga strona medalu. Skoro odpowiadasz za całość, logiczne byłoby, że możesz sam sprawę rozwiązać. Otóż nie.
Marek był współkredytobiorcą. Nie da się sprzedać wspólnego mieszkania bez zgody drugiego współwłaściciela. Nie da się wynegocjować samemu restrukturyzacji kredytu, który formalnie ciąży na dwojgu. A była partnerka na współpracę patrzyła chłodno, ponieważ było to jej miejsce zamieszkania: raz nawet wstrzymała rozmowy z gotowym już nabywcą. W praktyce Marek ponosił odpowiedzialność za całość długu, ale miał tylko połowę narzędzi do jego rozwiązania.
Do tego za mieszkanie od dawna nie były płacone opłaty do spółdzielni, więc w księdze wieczystej pojawiła się wzmianka o egzekucji. Nabywca, który się w końcu pojawił, mógł się spłoszyć.
Upadłość konsumencka jako wyjście z kłopotów
Kiedy usiedliśmy nad jego sytuacją, obraz był brutalnie prosty. Marek pracuje na etacie, zarabia przyzwoicie, ale większość pensji zabiera mu już komornik. Płaci alimenty na małoletnią córkę i dokłada się do jej utrzymania. Mieszka w wynajętym mieszkaniu. Nawet w najlepszym scenariuszu, po sprzedaży mieszkania i restrukturyzacji reszty, zostałby z długiem, którego nie udźwignie do końca życia.
W takim miejscu upadłość konsumencka przestaje być porażką, a staje się rozwiązaniem. To procedura pomyślana właśnie dla ludzi, którym powinęła się w życiu przysłowiowa noga i którzy realnie nie są w stanie spłacić zobowiązań. Dla dłużnika, który (jak Marek) nie doprowadził do niewypłacalności ani umyślnie, ani przez rażące niedbalstwo, to droga do nowego startu.
Dlaczego to takie ważne
W upadłości konsumenckiej nie chodzi tylko o to, żeby stwierdzić, że ktoś nie płaci. Liczy się też, jak do tego doszło. Prawo bada, czy dłużnik nie doprowadził do niewypłacalności albo nie pogłębił jej umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa. I to właśnie tutaj cała ta „nadgorliwość” Marka zamienia się w jego najmocniejszy atut.
Bo o rażącym niedbalstwie mówimy, gdy ktoś lekceważy elementarne zasady staranności. A człowiek, który nadpłaca ratę ponad swój udział, sam inicjuje sprzedaż i negocjuje z bankiem, jest tego zaprzeczeniem. Jego dokumentacja to nie biurokratyczny balast, to dowód dobrej wiary.
Uczciwie o dwóch rzeczach: czego upadłość jednego z was nie załatwia
Zwróć uwagę na istotny fakt. Upadłość Marka rozwiąże problem Marka. Nie zdejmie długu z jego byłej partnerki, bo przy kredycie branym solidarnie oddłużenie jednego współkredytobiorcy co do zasady nie zwalnia drugiego. Warto to wiedzieć, wchodząc w tę procedurę.
Upadłość konsumencka jednego współkredytobiorcy oddłuża jego, ale nie zdejmuje długu z drugiego. Oddłużenie jednego dłużnika solidarnego co do zasady nie działa na korzyść pozostałych (por. art. 373 k.c.). Bank po zakończeniu twojej upadłości nadal może iść do współkredytobiorcy po całość długu. To nie jest argument przeciwko upadłości, to argument za tym, żeby wiedzieć, co ona daje, a czego nie.
I jeszcze jedno. Od kilku już lat kredyt frankowy ma też osobną ścieżkę wyjścia z kłopotów: pozew o unieważnienie umowy z uwagi na nieuczciwe klauzule. Jest skuteczny, ale nie jest szybki i nie zawsze pasuje do sytuacji, w której egzekucja już się zaczyna. Dodatkowo w czasie, w którym Marek wpadł w kłopoty, ta ścieżka była jeszcze niezbadana i przez to mu nieznana.
Jak temu zapobiec
Kilka praktycznych wniosków, które powtarzam klientom. Po pierwsze, zanim podpiszesz kredyt „na dwoje” z partnerem, pomyśl, co się stanie, jeśli się rozstaniecie: kto spłaca, kto mieszka, jak dzielicie albo sprzedajecie. Po drugie, jeśli już jesteś w pułapce, dokumentuj wszystko: wpłaty, korespondencję, próby sprzedaży. To bezcenne, gdy trzeba wykazać brak twojej winy w niewypłacalności. Po trzecie, nie czekaj, aż komornik zajmie pensję. Im wcześniej policzysz warianty, tym więcej ich zostaje na stole.
Wspólny kredyt bierze się we dwoje, a spłaca często w pojedynkę. Jeśli poznajesz w tym swoją sytuację, nie zostawaj z problemem sam tylko dlatego, że formalnie „podpisaliście oboje”. Od tego, czy odpowiednio wcześnie ułożysz strategię, zależy, czy wyjdziesz z tego z planem, czy z samą egzekucją.
Historia Marka jest ważna, bo rozbraja pewien mit. O pokrewnym przypadku pisałem we wpisie Uczciwy bankrut. Upadłość konsumencka nie jest nagrodą dla cwaniaków ani karą dla nieudaczników. Bywa najbardziej racjonalnym wyjściem dla ludzi przyzwoitych, którym życie podłożyło nogę w kilku miejscach naraz. Marek nie stracił twarzy. Stracił jedynie ciężar, którego i tak nie dało się już unieść.
Marek stracił mieszkanie, którego i tak realnie już nie miał. Odzyskał coś cenniejszego: perspektywę, że za kilka lat nie będzie budził się z myślą o komorniku. Bo czasem najodważniejszą decyzją nie jest walczyć dalej z wiatrakami, tylko przyznać, że ten konkretny ciężar jest już nie do udźwignięcia, i odłożyć go zgodnie z prawem.
Jeśli poznajesz w tej historii choćby kawałek własnej, nie czekaj, aż dług urośnie ponad twoją głowę. Porozmawiaj z kimś, kto policzy warianty na zimno. Zdziwisz się, ile daje sam plan.
Wojciech Piłat, adwokat, dr n. pr.
Dlaczego o tym piszę
Jestem znany głównie jako prawnik przedsiębiorców, małych, średnich, większych, a czasem bardzo dużych. Tak się jednak składa, że mam także bardzo duże doświadczenie w upadłościach konsumenckich. Przez moje ręce przeszło na pewno ponad tysiąc wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckich, czasem je tworzyłem, czasem działałem w imieniu wierzyciela, a bardzo często zapoznawałem się z nimi jako pełnomocnik syndyka. Każda z tych spraw jest inna, za każdą z nich stoi unikalny człowiek. Wydaje mi się, że w tej kategorii spraw niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. A jednocześnie dzieją się takie historie, że aż szkoda o tym nie napisać. Oczywiście z zachowaniem całkowitej prywatności i anonimowości wszelkich osób, których te sprawy dotyczą.
Materiał ma charakter informacyjno-edukacyjny i nie stanowi porady prawnej w indywidualnej sprawie. Opis został zmieniony i uogólniony, aby uniemożliwić identyfikację konkretnej osoby lub postępowania.
