PP

Prawo-Upadłościowe.pl OD 2012

Restrukturyzacja i upadłość

„Panie Mecenasie, część tych długów po prostu przepiłem”. Czy wtedy też można się oddłużyć?

Zwykle zaczyna się od telefonu. Tym razem padło zdanie, które zapamiętałem:

„Panie Mecenasie, część tych długów po prostu przepiłem. To chyba przekreśla upadłość?”

Nazwijmy go Marek. Przez kilkanaście lat prowadził sezonowy biznes: sprzedaż i serwis sprzętu ogrodniczego. Solidna robota i grono wiernych klientów. A jednak przez ostatnie lata, w papierach, zaczął wyglądać na kogoś, kim nie był. Na człowieka, który „lekką ręką” doprowadził firmę do ruiny.

Co się wydarzyło?

Jak tonie się przy rosnącym obrocie

Najpierw o pułapce, w którą wpadł Marek, bo widuję ją w mojej pracy zaskakująco często.

Na papierze wszystko rosło. Z roku na rok przybywało klientów, a obrót piął się w górę. Marek był przekonany, że skoro firma „się kręci”, to następny sezon będzie lepszy. Problem w tym, że ten obrót był, jak to mówię klientom, „sztucznie napompowany”. Gdy do niszy weszli więksi gracze, marże spadły o połowę. Żeby utrzymać sprzedaż, Marek obniżał ceny i dokładał do reklamy. Więcej pracy, większy obrót, a zysku coraz mniej.

Do tego sezonowość. Zimą, w martwym sezonie, trzeba było z czegoś żyć i pokryć stałe koszty. Najpierw ratował go limit w banku, potem kredyt kupiecki u dostawców. A kredyt kupiecki to nie jest poduszka na zimową dziurę. W pewnym momencie, jak to ujął sam Marek, „zaczęło się rozjeżdżać”. Tak właśnie napędza się spirala zadłużenia: każdy kolejny sezon miał być tym ostatnim z kłopotami.

Zapamiętaj więc jedno, Drogi Przedsiębiorco. Obrót nie mówi o kondycji firmy prawie nic. Mówią o niej marża i płynność. Rosnąca sprzedaż potrafi znakomicie maskować to, że biznes dawno przestał zarabiać. A gdy przestajesz regulować wymagalne zobowiązania, jesteś już, w rozumieniu prawa, niewypłacalny.

Choroba, o której trudno pisać we wniosku

U Marka był jeszcze jeden, najważniejszy element: choroba. Uzależnienie, które przez lata zaburzało ocenę rzeczywistości i podsuwało „odważne”, a w istocie błędne decyzje. To właśnie ono stało za brnięciem w kolejne zobowiązania. Dziś Marek jest w terapii i od dłuższego czasu nie pije. Ale został z długami, których realnie nie spłaci do końca życia.

I tu wraca jego pytanie: skoro „sam sobie jestem winien”, skoro część pieniędzy dosłownie przepił, czy upadłość konsumencka byłego przedsiębiorcy w ogóle wchodzi w grę?

Czy „wina” zamyka drogę do oddłużenia?

Kiedyś owszem, mogła zamknąć, i to już na wejściu. Do marca 2020 r. sąd oddalał wniosek o upadłość konsumencką, jeżeli dłużnik doprowadził do niewypłacalności umyślnie albo wskutek rażącego niedbalstwa (dawny art. 491⁴ Prawa upadłościowego). Był wtedy „wentyl bezpieczeństwa”: sąd mógł mimo wszystko przeprowadzić postępowanie ze względów słuszności lub humanitarnych. A trudno o bardziej humanitarny przypadek niż choroba.

Od reformy z 2020 r. logika się odwróciła. Ta sama „wina” dłużnika nie blokuje już samego ogłoszenia upadłości. Bada się ją później, na etapie ustalania planu spłaty. Upraszczając: jeżeli do niewypłacalności doszło umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa, plan spłaty może zostać wydłużony (nawet do 7 lat, zamiast typowych do 3), a o pełne umorzenie jest trudniej. Ale drzwi do oddłużenia pozostają otwarte.

A czy „przepicie” części pieniędzy to owa umyślność? Otóż nie. Umyślność w tym kontekście to sytuacja, w której ktoś zaciąga długi z góry nie zamierzając ich spłacić. Marek zaciągał je, żeby ratować płynność firmy, w przekonaniu chorym, choć szczerym, że da radę. Czy to rażące niedbalstwo? Sąd oceni indywidualnie, biorąc pod uwagę chorobę i jej wpływ na zdolność racjonalnego działania. Nie obiecuję z góry wyniku, bo uczciwie obiecać się nie da. Powiem tylko tyle: prawo upadłościowe od dawna nie służy karaniu za to, że komuś „powinęła się noga”. Ma dawać drugą szansę.

Marek bał się, że jego szczerość (to „przepiłem”) pogrzebie sprawę. Tymczasem to właśnie ona bywa mocnym punktem: pokazuje realną przyczynę, z którą się zmierzył i którą leczy.

Bo w takich sprawach najtrudniejsze bywa nie samo prawo. Trudniej zdjąć z siebie wstyd na tyle, żeby w ogóle po pomoc sięgnąć. A po nią warto sięgnąć wcześniej niż później, zanim „ostatni sezon” znów okaże się nieostatni.

Jeśli mierzysz się z podobną sytuacją, w firmie albo prywatnie, napisz. Czasem od jednego telefonu zaczyna się droga w drugą stronę.

Wojciech Piłat, adwokat, dr n. pr.

Materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny; nie jest poradą prawną w indywidualnej sprawie. Opis sprawy jest celowo zmieniony i uogólniony (m.in. branża), nie odnosi się do konkretnej osoby ani firmy.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry